środa, 2 września 2009

Radiohead w Poznaniu..




Nie wiem w zasadzie od czego zacząć, znajomi, których zabrakło na koncercie w stolicy Wielkopolski, pytają "i jak koncert?", a ja, że "nie wiem". Po tych dwóch słowach, nadchodzą następne i bez zastanowienia słyszę, że wychodzi na to, że mi się nie podobało. Dlaczego? Mam kilka argumentów. Zanim jednak do tego przejdę, jeszcze kilka słów o tym, że zespół był dla mnie ikoną w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to poruszałem się po pościelach muzycznych świata, i szukałem, dobierałem, co moje, co nie. I Radiohead znalazło się na pierwszym miejscu wtedy. Do dziś nuta podium zostaje, płyty i single słuchane wiernie, co jakiś czas, lecz nie co chwilę. Na ten koncert, wydarzenie czekałem od lat. I pękła bańka. Bo nie mogę pojąć absolutnej bezkrytyki w stosunku do zespołu. A może potrafię? Bo sam kiedyś nie dałem o nich powiedzieć złego słowa? Zaprzeczam sobie, bo temat trudny, i niezwykle mnie dotknął w ostatnich dniach, występ w Poznaniu wiele rzeczy jednak uświadomił. Mi.



Podszedłem do ich występu z chłodnymi emocjami, nie tak, jak miało być. Analizowałem każdy utwór, każdą nutę, zboczenie zawodowe, że nie mogłem wejść w "to"? Pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Nie bawiłem się. Za to z obserwacji i argumentów, które obiecałem powyżej. Występ był zaplanowany w stu procentach, co odczułem tak boleśnie, mówiąc znajomym, nie było spontaniczności, był kolejny "show", po królowej popu w Warszawie. Idealnie zgrana materia dźwiękowa z tym, co mogli wszyscy zgromadzeni zobaczyć, jeżeli oczywiście nie mieli zamkniętych oczu i nie odpływali. Piękna scena, z którą jeżdżą po całym świecie od ubiegłego roku. Pomysł, by z rusztowania nad sceną zwisało kilkadziesiąt cienkich monitorów, dzięki którym iluminacje mają niezwykły charakter - jestem na tak. Kamery w odpowiednich miejscach - i wielki monitor za zespołem, na których na żywo obrazki z tych małych cudów techniki się ukazują - wyborny. Wszystko spójne, doskonałe wręcz.

I argument - dla mnie "za" doskonałe, bo każdy obraz, każde światło doskonale pasowało, wbijało się w dźwięk gitary, perkusji,basu, głosu Yorke'a. Stąd i zdanie, że Radiohead chciałbym zobaczyć w zamkniętym pomieszczeniu, niewielkim, przy atmosferze, która powoduje magię z założenia, i nie może być inaczej. Dość mam stadionowych gwiazd, które do nas przyjeżdżają, i się "pojawiają", "patrzcie, jesteśmy". Drugim elementem, który mnie zbił z tropu, był początek koncertu, kiedy po blisko 50 minutowej próbie dźwięku, i obecności na scenie wielu osób próbujących mikrofony i sprzęty - Radiohead nie potrafił grać? Dlaczego musieli podczas pierwszego utworu machać agresywnie rękoma, bo im doły i góry nie pasowały. W końcu "15 step", który w tym roku otwiera ich koncert, wypadł tak fałszywie, że youtube powinien wykasować z założenia wpadkę "geniuszu R.". Yorke zupełnie siebie nie słyszał, rozpaczliwie szukając przyczyny swojego antyśpiewu, patrząc ukradkiem na dźwiękowców "co do cholery jest?". Mimo wszystko rozgrzali sie, przy czwartym, czy piątym utworze, było już całkiem - ciepło. Wpadek jednak podczas koncertu było więcej. Każdy mógł usłyszeć znakomity "cios" przy pewnym znanym utworze z The Bends, kiedy Thom zapomniał (?!!), jak zacząć, i kilka pierwszych dźwięków brzmiało, jak próba gitary, po czym zaczął śpiewać, no i jakoś poleciało. To był "cios", policzek szacunku. Może za ostre te słowa, słyszałem jednak. Kolejnym argumentem, były wersje utworów. Niestety ukochany początek Kid A "Everything", z platformą na środku sceny, z elektronicznymi gadżetami, za którymi stał Yorke, i śpiewał grając - zupełnie nie wyszedł. Brak tempa, zgrania, polotu, jak to bywało w 2001 roku (I Might Be Wrong - Live Recordings). Od niechcenia 4 minuty znanych wersetów, wraz z ssaniem cytryny i budzeniem się. Tak, jakby zakłócił ktoś rytmiczne wybicie zegara o dwunastej. Karma Police i Paranoid Android - też bez zjadania pazurów radiogłowych. Zjedli siebie przy czwartym utworze - All I Neeed. I tu cisza niech nastąpi.


Były i wzniosłe momenty, "momenty były" - ale to nie żart. Optimistic - zaskakujące, że zagrali mój owoc a.d. 2000. Moja osobowość dźwiękowa a.d. 2000. I zgrabnie ubrany w poznański chłód Cytadeli. Smutek niezwykły w Videotape, kulminacja głosowych możliwości Yorke'a. Dane było usłyszeć zgromadzonym nową kompozycję - These Are My Twisted Words, trans wypadł świetnie - identycznie do mp3, którą każdy może ściągnąć za darmo ze strony zespołu. Ale ale.


I nie jest to moja odosobniona opinia - dokładnie pod numerem ósmym w trackliście okazał się być The Gloaming - utwór z Hail To The Thief, o którym zawsze wiedziałem, że ma potencjał. Wykonanie w Poznaniu - przeraziło me zmysły do granic możliwości, zabieg stosowany przy "Everything In It's Right Place" - samplowany na żywo głos Thoma, dał piorun emocji, trans jakiego w innym momencie tego koncertu nie doznałem. Teraz powracam do suchej studyjnej wersji i wspominam Mgłę.
Otoczony dźwiękami z przeszłości. Sierpniowej. Nie było No Suprises - mej jedynki. To w kwestii wersji, i życzeń. Argument trzy - i ostatni jest prozaiczny, 3 sektory, pierwszy zapchany do granic możliwości - i sardynki - w których i ja, marzący o zobaczeniu Radiohead z bliska. Chyba jestem za stary na bliskość z innymi podczas koncertu. Ma empatia odpadła, jak emalia ze ściany. A głosy z boku i tyłu, śpiewanie w quasiangielskim dopełniły wszystkiego. Jak można było zamknąć oczy i odpłynąć? Nie znam recepty. Nie znam recepty na ten koncert, nawet jak go wspominać. Bo ciesze się, że przyjechali, że zagrali, że widziałem, że słyszałem. Ale - że nie dojrzałem, że zezwoliłem na obcy ton tej relacji - nie cieszy. Może po prostu za wiele oczekiwałem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz